Nie oszczędzać siebie - sposobem na długowieczność?

Napisane przez Artur Adamski
  Każdy człowiek jest niepowtarzalną opowieścią. Im starszy, tym zwykle opowieść dłuższa. A jeśli długie życie upływa w kraju zupełnie wyjątkowych doświadczeń historycznych – zblednąć mogą przy niej fabuły wielu filmów i książek.  

 

 

 

Starszych ode mnie postrzegam więc także jako uczestników wydarzeń, o których jedynie czytałem lub słyszałem. Kilkudziesięcioletni człowiek to dla mnie prawdziwy depozytariusz cennych i unikatowych świadectw. Kiedy kilka lat temu stałem się mieszkańcem wrocławskiej parafii św. Franciszka - od razu zwrócił mą uwagę sędziwy kapłan. Nie podlegało wątpliwości, że ma za sobą długą drogę, wiodącą przez spory kawałek historii Polski. W losach rodzin i pojedynczych ludzi widziałem bowiem zawsze wątki narodowej przeszłości. Często – prawdziwe skarby tradycji i przekazy współtworzące fundament naszej tożsamości.

 

Odpowiedź na pytanie, jaką drogę ma za sobą ks. Franciszek Rozwód, znalazłem niespodziewanie i zaskakująco szybko. A to, kto mi jej udzielił, kolejny raz potwierdza prawdę, że naród to jakby nieco większa rodzina a drogi jej członków bezustannie się przeplatają. Okazało się bowiem, że ksiądz kanonik był przed drugą wojną światową wikariuszem podlwowskiej parafii, do której należał mój teść. W sytuacji tej dostrzegam zwycięstwo wynikającego z nadrzędnych przyczyn porządku. Największe tyranie w dziejach świata rozszarpały Drugą Rzeczpospolitą, przewalały się fronty, zmieniały linie granic, ocalonych z hekatomby wyrywano z ziemi przodków, by przesiedlić czasem i o tysiąc kilometrów. A jednak bywa tak, że po kilkudziesięciu latach, w każdą niedzielę, duszpasterz celebruje mszę także dla parafian pamiętających sam początek jego kapłańskiej posługi. A także dla kolejnych, wyrastających z tej dawnej i odległej parafii pokoleń.

 

Ksiądz Franciszek Rozwód urodził się w roku 1911 .Po ukończeniu seminarium duchownego w 1937 r. święcenia kapłańskie otrzymał z rąk metropolity lwowskiego, ks. arcybiskupa Bolesława Twardowskiego. Wkrótce potem trafił do przylegającej do Lwowa od południa parafii Nawaria. Jej proboszcz, ks. Gabriel Trzebicki, okazał się być człowiekiem wspaniałym. Dla młodego wikariusza był jak przewodnik i drugi ojciec. Trapiła go jednak ciężka choroba, w wyniku czego wielka część duszpasterskiego trudu od razu spadła na barki księdza Franciszka. W pracę tę zaangażował się z dużym zapałem. Wiele uwagi poświęcał dzieciom i młodzieży. Jednym z głównych tego celów było rozbudzenie w każdym potrzeby ciągłej pracy nad sobą. Służyła temu nie tylko nauka religii, ale także wycieczki, pielgrzymki, liczne rozmowy i np. zachęcanie do rozwoju zainteresowań. Tym działaniom na rzecz budowy osobowości towarzyszyły inicjatywy integrujące parafialną wspólnotę. Zwyczajem stały się np. wspólne śniadania wszystkich dzieci, po Mszy Św., w czasie której przyjmowały Pierwszą Komunię Świętą.

 

Od początku ksiądz Franciszek Rozwód dużo troski poświęcał budowom i remontom świątyń. Już jednak w 1937 r. ta aktywność o mało nie skończyła się tragicznie. Młody ksiądz z wielką energią zabrał się do prac konserwatorskich przy barokowej świątyni w Nawarii. Przy ich okazji któregoś dnia znalazł się ponad 20 metrów nad ziemią, na szczycie dachu pokrywanego nową blachą. W pewnym momencie stwierdził, że nie znajduje oparcia i już tylko sekundy dzielą go od upadku. Ocalenie zawdzięcza myśli, która pojawiła się nagle i która okazała się jedynym sposobem ratunku. Ksiądz nie ma wątpliwości, że ten głos, podpowiadający złapanie się właściwych elementów dachu, pochodził od Anioła Stróża. Równie trafna okazała się też sama decyzja podjęcia w tym czasie prac remontowych. Rok później wybuchła wojna, po której wschodnią część Polski zagarnął Związek Sowiecki. Setki świątyń obróciły się w ruinę. Lecz solidny dach kościoła w Nawarii okazał się trwalszy, niż ustrój, który miał „wyznaczać kierunek rozwoju ludzkości”. Świątynia przetrwała nieludzkie czasy Hitlera i komunizmu. W latach dziewięćdziesiątych prawa do niej odzyskała społeczność katolicka. Choć zubożała, była w stanie przywrócić życie nawaryjskiemu kościołowi.

 

Przed wybuchem wojny ks. F. Rozwód zdołał jeszcze wznieść kaplice w Glinnej oraz w Lipnikach. Tę drugą poświęcił wraz z późniejszym wrocławskim biskupem – ks. Wincentym Urbanem.

 

Krótko przed tragicznym wrześniem 1939 młody kapłan został przeniesiony do parafii Bóbrka. Tu, w latach 1940-41 przebywały siostry ze Zgromadzenia Rodziny Marii. Pozbawione domu zakonnego mieszkały w domach parafian. Opiekowały się pacjentami szpitala zarządzanego przez Żyda, którego ksiądz wspomina bardzo ciepło. Został on zamordowany przez Niemców, ale zakonnicom udało się ukryć jego córeczkę, która szczęśliwie doczekała końca hitleryzmu. W 1942 r. ks. F. Rozwód został mianowany proboszczem w Prochowie (dekanat Buczacz). Było to w owym czasie miejsce niebezpieczne. Poprzednik musiał je opuścić, gdyż groziła mu śmierć z rąk banderowców. W tamtych latach zginęło wielu księży, z którymi nasz kapłan studiował w seminarium. Ks. Jan Schiller, sekretarz arcybiskupa Twardowskiego, został w 1941r. bestialsko zakatowany przez NKWD. Ks. Władysława Klaklę bandyci z UPA zabili, wyrzucając go z pędzącego pociągu. Ks. Józef Mróz i ks. Władysław Sarna zostali rozstrzelani przez hitlerowców jako członkowie AK. Z rąk niemieckich zginął też ks. Leon Perucki. Szczęśliwie ocalał ks. Franciszek Stupak, w 1941 r. aresztowany przez Sowietów. Po czterech latach udało mu się wyrwać z zesłania i zasłużyć się trzydziestoletnią służbą kapłańską w Żurawinie.

 

Pożegnanie z rodzinnymi stronami miało miejsce 3 listopada1945. Krótko potem ks. Franciszek Rozwód dotarł do Oławy. Na Dolny Śląsk napływały setki tysięcy Polaków – wygnańców z Kresów, pogorzelców, których domy spalili najeźdźcy, ukrywających się przed nowym reżimem. Dla tych szukających swojego miejsca na ziemi Kościół był podstawą odbudowy swego życia, nadzieją na odmianę tragicznego losu. Nie pytając nikogo o zgodę ksiądz, który znał się już na robotach budowlanych, energicznie zajął się przywracaniem życia świątyniom. W Bystrzycy Oławskiej zajął kościół poprotestancki i katolicką kaplicę. Po skierowaniu do Bierutowa uruchomił pracę duszpasterską w kilkunastu świątyniach, m.in. w Solnikach Małych, Wabienicach, Bukowie, Stroniu Śl., Gorzesławie, Gołębicach, Miłowicach, Radzewicach, Wojciechowie oraz Ratowicach nad Odrą. W Jermielnie zajął się odbudową kościoła, który miał zburzoną wieżę i zerwany dach. Dzięki temu ocalał i stoi do dziś. W Leśnej Osadzie zbudował kaplicę. Szybko też stwierdził, że krajobraz „ziem odzyskanych” powinien być „oswojony” elementami bliskimi zasiedlającym je Polakom. W wioskach, przysiółkach, obok dróg stawiał więc kapliczki i przydrożne krzyże. W 1948 r. w Wabienicach powstała grota poświęcona Matce Najświętszej Fatimskiej. We Wrzeszczynie, Strzyżowicach i Mierzowicach najpierw powstały kaplice a potem kościoły.

 

Przez kilka lat ks. Rozwód pracował w parafiach Bielawa – Wschód, Stronie Śl. i Żabin. W Stroniu przyczynił się do powstania kaplicy dla psychicznie chorych, z której korzystali także mieszkańcy przyległego osiedla. Po przeniesieniu do parafii Siedlęcin zainteresował się m.in. ruinami kościoła w Strzyżowicach. Udało się odbudować jego wieżę oraz adoptować na kaplicę salę pogrzebową. Przez szereg lat odbywały się w niej nabożeństwa. Dzieło odbudowy do szczęśliwego finału doprowadził następca. Ks. Franciszek przeniesiony został bowiem do parafii prochowickiej, gdzie podjął się remontu zabytkowego kościoła w Kwiatkowicach. Powstał też nowy kościół w Mierzowicach.

 

Nabożeństwa przy kaplicach i przydrożnych krzyżach, odbudowa świątyń zniszczonych przez wojnę i wznoszenie nowych – odgrywały ogromną rolę w integracji tworzącego się nowego, dolnośląskiego społeczeństwa. To im przede wszystkim zawdzięczamy wielki sukces odbudowy regionu, jego włączenia w polski organizm państwowy oraz cementowania dolnośląskich Polaków. Dziś, kiedy większość Dolnoślązaków to dzieci urodzonych w tej samej nadodrzańskiej archidiecezji, czujemy się wielką wspólnotą i gospodarzami tej ziemi. Lecz jeszcze pół wieku temu było inaczej. Sposób gospodarowania osadników z Wielkopolski różnił się znacznie od przywiezionych z Polesia. Język mieszkańców spalonej Warszawy był odmienny od melodyjnej gwary Kresowian. Jeszcze bardziej zaznaczała się odmienność autochtonów i repatriantów przybywających z innych krajów. Nic nie zbliżyło tych ludzi bardziej, niż wspólna modlitwa i praca przy odbudowie. A pogrzebanie podziałów między ludźmi o różnych, regionalnych korzeniach, nie oznaczało zarazem tych korzeni porzucenia. W wielu odbudowanych kościołach wielką troską otoczono bezcenne pamiątki przywiezione z Kresów. I tak do wrocławskiego kościoła św. Augustyna trafił obraz św. Walentego, sprowadzony z podlwowskiego kościoła w Nawarii, gdzie zaczęła się kapłańska droga księdza Franciszka Rozwoda. Takim sposobem nie zapominamy o miejscach, z których pochodzą nasi przodkowie, lecz budując dolnośląską zbiorowość wzajemnie wzbogacamy się wątkami tradycji różnych stron Polski.

 

Władze PRL-u piętrzyły jednak przed Kościołem przeróżne przeszkody a w pewnych okresach nie wahały się działać otwartym terrorem. Po zakazie nauczania religii w szkole ksiądz Franciszek Rozwód prowadził katechizację w mieszkaniach prywatnych. Wielkim przeżyciem dla wszystkich okazały się lekcje religii, które w ciepłych miesiącach odbywały się na cmentarzach. Kiedy okazało się, że religia do szkół wróci nieprędko - w Prochowicach powstały salki katechetyczne. Działalność księdza nie uszła uwadze UB, której funkcjonariusze nękali kapłana za kolejne sakralne inwestycje i za wytrwałą naukę religii. Różnymi sposobami nalegali też na podjęcie współpracy. Otrzymali kategoryczną odmowę, mimo grożenia konsekwencjami wciągnięcia na listę „wrogów Polski Ludowej”. Jej czasy to także ciągłe wezwania do powiatowych i wojewódzkich Wydziałów ds. Wyznań oraz agitacja tzw. „patriotów”, od których dwulicowej działalności ksiądz zawsze trzymał się z daleka. Oparciem w latach prześladowań byli wierni. Zdarzało się, że zaraz po pojawieniu się „smutnych panów” przed plebanią gromadził się tłum parafian. Ubowcy musieli rozważyć, czy jest im w danym momencie potrzebne kolejne ognisko napięć w kraju, w którym komunizm zaprowadzano w tak wielkim trudzie. Tak było np. wtedy, gdy wbrew zakazowi władz – w kościele odczytany został list Episkopatu w sprawie rozwiązania „Caritasu”. Nie były też łatwe rzekomo „liberalne” lata siedemdziesiąte. Mieszkańcy położonego 7 km od Prochowic Dąbia przez długi czas nie otrzymywali zgody na budowę kaplicy. Ksiądz F. Rozwód zainicjował więc adaptację dla tego celu jednej z wielkich, murowanych stodół. Skończyło się to wyrokiem sądu, skazującym na areszt z zamianą na grzywnę, ale kaplica na trwałe wpisała się w pejzaż wioski jako miejsce regularnie odprawianych Mszy Świętych i tętniące różnymi formami życia religijnego. Kilka lat później, kiedy również bez zezwolenia, tym razem w Mierzowicach powstała kolejna kaplica – władza „ludowa” zaatakowała uciekając się do pretekstu rzekomego „szpecenia krajobrazu”. Ksiądz F. Rozwód zaproponował więc naprawienie tej „szkody” poprzez wzniesienie drugiej kaplicy – posiadającej nie kwestionowane, wysokie walory architektoniczne. Zaskoczeni urzędnicy przychylili się do tego rozwiązania. Wierni nie czekali na zmianę decyzji i bardzo szybko doprowadzili do tego, że piękna kaplica stała się ozdobą ich miejscowości. ,,,,,, Nie zapomniał ksiądz F. Rozwód o dawnej, rodzinnej ziemi. Dążenie do ich odwiedzania zostało uwieńczone sukcesem i na początku lat osiemdziesiątych dotarł do Kamionki Strumiłowej. Tam, w mieszkaniu dalekich krewnych, odprawił konspiracyjną Mszę Świętą dla grupki katolików. Nadeszły jednak lepsze czasy. Na początku lat dziewięćdziesiątych wróciło życie do kościoła w Nawarii, otoczonego opieką dawnych i obecnych parafian. Ci, którzy przed sześćdziesięciu laty zostali zmuszeni do opuszczenia swej małej ojczyzny, pielgrzymują do niej co roku, często w towarzystwie swych dzieci i wnuków. Ksiądz Franciszek Rozwód służy im nie tylko jako duszpasterz, ale też przewodnik i wspaniały wzór życiowej aktywności. Każdy, kto czuje się zmęczony życiem, powinien zastanowić się nad skalą dokonań tego kapłana a także przyjść w niedzielę do wrocławskiego kościoła przy ul. Borowskiej. Jest prawdziwie inspirujące zobaczyć człowieka, który zdaje się nie przywiązywać wagi do tego, że w tym roku obchodził będzie już 97 urodziny i nie ustaje w swojej kapłańskiej posłudze. Nadal odprawia Msze Święte i jest bardzo uważnym spowiednikiem. Parafianie muszą się zastanowić nad tym, co zaśpiewają swojemu jubilatowi. „Sto lat” jest przecież nie tylko niezbyt stosowne, ale i nielogiczne. Nikt bowiem nie ma wątpliwości, że ksiądz kanonik będzie z nami znacznie dłużej.

 

Artur Adamski