NAJTRAGICZNIEJSZE LOTNISKO W DZIEJACH ŚWIATA

Napisane przez Artur Adamski
Dzisiaj jest tutaj nowoczesna galeria Dzisiaj jest tutaj nowoczesna galeria fot. Wojciech Trojanowski
Lotnictwo jest jedną z najbezpieczniejszych metod transportu. Bywa też jednak niestety, że jak i każde inne miejsce – także w portach lotniczych zdarzają się nieszczęścia i katastrofy. Zapewne jednak z żadnym lotniskiem świata nie wiąże się koszmar podobny do gehenny najbardziej absurdalnego pasa startowego w dziejach żeglugi powietrznej.

 

W sierpniu 1944 roku niemieckie dowództwo podjęło ostateczną decyzję przekształcenia Wrocławia w twierdzę. Liczne fortyfikacje powstawały w nim już znacznie wcześniej. Latem przedostatniego dnia wojny działania te przybrały na sile. W trakcie prac nie oszczędzano miejskiej zabudowy a przede wszystkim dziesiątek tysięcy przymusowych robotników – eksploatowanych w sposób przekraczający wszelkie wyobrażenie. Do najliczniejszych wśród nich należeli Polacy.

 

Wrocław, miasto w przeszłości należące do Polski, Czech i monarchii Habsburgów, w XVIII w. został z niej wyrwany w wyniku wojen śląskich. Do 1945 należał do Niemiec i w całej III Rzeszy był najpotężniejszym bastionem hitleryzmu. W żadnych wyborach w żadnym innym mieście NSDAP nie zwyciężała równie wysoko. Mimo, że wiele źródeł błędnie podaje inaczej – to właśnie na wrocławskim Gaju powstał pierwszy niemiecki obóz koncentracyjny (wzdłuż dzisiejszej ul. Świeradowskiej i Bardzkiej – nie upamiętnia tego żadna tablica). Po 1939 roku miasto zostało usiane filiami obozu zagłady Gross Rosen. Żyjące we Wrocławiu społeczności żydowska i polska – w większości zostały wymordowane. Z Wrocławia wywodziło się wyjątkowo wielu hitlerowskich zbrodniarzy. W ostatniej fazie wojny w mieście znalazły się liczne ludobójcze formacje SS. Ich członkowie wiedzieli, że nie mają nic do stracenia. Dysponowali ogromnymi zapasami amunicji i żywności, zdecydowani byli stawić zażarty opór. Ich arsenały pełne też były różnorakiej broni (należały do niej m.in. zapasy zdobyte w 1939 w Polsce).

 

Dowództwo Festung Breslau doszło do wniosku, że niezbędne do obrony twierdzy będzie posiadanie lotniska – dającego możliwość przyjmowania zaopatrzenia drogą powietrzną. Strachowice, w których dziś znajduje się wrocławski Port Lotniczy im. Mikołaja Kopernika, zostało uznane za rejon zbyt odległy od centrum i wykluczony z obrony. Wkrótce decyzja ta okazała się słuszna – jeden z pierwszych wielkich sowieckich ostrzałów artyleryjskich rozniósł na strzępy właśnie dużą część tamtych okolic. Znacznie bliżej śródmieścia leżało wspaniałe lotnisko Gądów, przy którym znajdowały się warsztaty naprawcze, fabryka szybowców desantowych, zabudowania portu lotniczego. Dowódcy twierdzy (jak się okazało – znów trafnie) spodziewali się jednak ataku na miasto od południa i zachodu, czyli z kierunków, na drodze których nie ma większych przeszkód wodnych. Leżący na zachód od dzielnic śródmiejskich Gądów uznano za trudny do obrony a wobec tego – postanowiono zbudować lotnisko w samym środku miasta..

 

Centralne dzielnice Wrocławia wyróżniały się zabudową bardzo zwartą. Żaden z parków leżących po południowo - zachodniej stronie Odry nie był na tyle rozległy, by po wyrębie drzew – służyć mógł za pas startowy (zakładano, że tereny zielone dzielnicy Fabrycznej i Krzyków znajdą się pod ciągłym ogniem atakujących). Miejscem lotniska mógł się stać powiększony Plac Wolności albo – dowolny fragment miasta, który jednak należało całkowicie pozbawić zabudowy. Wybór padł na teren dzisiejszej Osi Grunwaldzkiej. Dowództwo twierdzy wydało więc rozkaz wyburzenia wszystkich budynków znajdujących się między mostami Grunwaldzkim i Szczytnickim. Wszystko, co stało w obrębie prostokąta o szerokości 200 i długości 1350 metrów – przeznaczone zostało do zrównania z ziemią. Dodatkowo – obniżono wysokość szeregu okolicznych budynków oraz zdjęto hełmy z szeregu kościołów (m.in. katedry), by nie przeszkadzały samolotom. Do wyburzeń przystąpiono jednak w momencie najgorszym z możliwych – 23 lutego 1945, gdy miasto na przemian padało ofiarą bombardowań, haubic i wyrzutni rakietowych „Katiusza”. Setki ginących w czasie bombardowań na hitlerowcach nie robiły jednak  wrażenia. Robotnikami byli więźniowie obozów, jeńcy wojenni oraz wywiezieni na przymusowe roboty Polacy, Czesi, Rosjanie. Część prac wykonywali także niemieccy mieszkańcy Wrocławia, zmobilizowani do robót przez dowództwo twierdzy. Prace polegały na wysadzaniu budynków dynamitem lub wypalaniu ich miotaczami ognia a następnie rozkuwaniu stojących jeszcze ścian oraz wywozie olbrzymich mas gruzu. Tym sposobem całkowicie przestała istnieć zabudowa kilku ulic z setkami kamienic, gmachami użyteczności publicznej i czteroma świątyniami, wraz z jednym z największych kościołów miasta – zborem Lutra, słynącym z najwyższej, blisko stumetrowej wieży.

 

Dowodzone przez marszałka Iwana Koniewa wojska I Frontu Ukraińskiego zacisnęły pierścień oblężenia wokół miasta nocą z 5 na 6 lutego 1945. W pobliżu operowały też oddziały II Armii Wojska Polskiego, nacierające wzdłuż Wału Trzebnickiego w kierunku Ścinawy. Nie brakowało też Polaków w szeregach samej armii sowieckiej. Powoływanym do wojska mieszkańcom Kresów nie zawsze było bowiem dane znaleźć się w armiach Świerczewskiego czy Popławskiego.  W pierwszej połowie lutego wojska I Frontu Ukraińskiego zajęły szereg wrocławskich przedmieść i 22 lutego rozpoczęły pierwszy szturm na twierdzę. Zakończył się on jednak tylko ogromnymi stratami atakujących. Następne tygodnie upłynęły przede wszystkim pod znakiem ciągłych nalotów sowieckich samolotów szturmowych. Jednym z głównych celów była właśnie Oś Grunwaldzka, na której przy pracach rozbiórkowych a następnie budowlanych nieprzerwanie uwijały się tysiące robotników. Ze wspomnień tych, którzy to piekło przeżyli, wyłania się obraz pełen dantejskich scen. Ostrzał artyleryjski był przerywany był jakby tylko po to, żeby spadające pociski z haubic zastąpić mogły samoloty, których piloci jakby nie dostrzegali różnicy między więźniami a oprawcami. W czasie nalotów i ostrzału na placu pozostawali  jednak tylko ci pierwsi. Niemcy nie pozwalali przerywać pracy nawet w czasie najcięższych bombardowań. Uciekający często dostawali się pod podwójny ostrzał – niemieckich strażników i sowieckich samolotów. Wspomnienia „Ludzi ze Znakiem P” (czyli wrocławian, którzy w niemieckich czasach byli w tym mieście niewolnikami) pełne są opisów wysadzania w powietrze kamienic bez oglądania się na znajdujących się w nich jeszcze robotników, codziennych egzekucji, wszechobecnych zwłok, permanentnej świadomości, że życie lub śmierć to tylko kwestia kaprysu któregoś z nadzorujących prace Niemców.

 

1 i 2 kwietnia 1945 Wrocław był bombardowany przez 750 sowieckich samolotów. Jak zawsze tymi,  którzy  ucierpieli najbardziej, byli jeńcy i więźniowie. Ginęli nie tylko od ognia i wybuchów, lecz i w wyniku agresji Niemców, która po bombardowaniach osiągała swoje apogeum. 12 kwietnia Armia Czerwona oraz I i II Armia Wojska Polskiego skupiały się już na operacji berlińskiej. Ostateczny upadek III Rzeszy był już tylko kwestią najbliższych tygodni. Adolf Hitler wydał jednak tego dnia rozkaz, by Festung Breslau było bronione do ostatniego żołnierza. W tym czasie obszar między mostami Grunwaldzkim i Szczytnickim był już całkowicie pozbawiony zabudowy. Pod nieustającymi atakami samolotów tysiące robotników równały teren pasa startowego, który stawał się zarazem grobem setek ofiar obłąkańczej budowli. Ze wspomnień „Ludzi ze znakiem P” wynika, że najstraszliwsze były właśnie ostatnie tygodnie. Masy robotników pracowały na wielkim odsłoniętym terenie. Nic nie stanowiło osłony przed bombami i pociskami. Śmiertelnie żniwo zbierały nawet odległe eksplozje, gdyż w pozbawionej zabudowy przestrzeni odłamki nie napotykały żadnej przeszkody.

 

Kosztem niewyobrażalnych ofiar – budowa lotniska Festung Breslau na przełomie kwietnia i maja 1945 została ukończona. Ile samolotów zdołało z niego skorzystać? Wszystko wskazuje na to, że nie wylądował na nim ani jeden. Nie jest też całkowicie pewne, czy jakiś z niego wystartował. Wg nie do końca pewnych źródeł 10 kwietnie wyleciał z Wrocławia Junkers Ju 52 wraz z dwudziestoma dwoma rannymi na pokładzie. Innym, na pewno już ostatnim samolotem, który wystartował w oblężonym Festung Breslau, był Fieseler – Stoch 156. Miało to miejsce już kilka dni po kapitulacji Berlina – nocą z 5 na 6 maja 1945. Kilkanaście godzin przed poddaniem twierdzy uciekł nim z Wrocławia dowódca jego obrony, główny sprawca zniszczeń i terroru w mieście, pomysłodawca budowy lotniska – gauleiter Karl Hanke. Wiadomo, że jego samolot wylądował w Sudetach. Dalszy los zbrodniarza nie jest znany. Wg jednej wersji –  miał zginąć w czasie próby dalszej ucieczki innym samolotem. Inne źródła mówią, że dostał się do niewoli amerykańskiej, w której jednak nie został rozpoznany. Nie brakuje też relacji, wg których Hankego widywano po wojnie w Argentynie. Nie jest też pewne, czy samolot gauleitera w ogóle startował z lotniska na dzisiejszym Placu Grunwaldzkim. Fieseler – Stoch 156 był zwany „Bocianem”, gdyż miał kilka cech szczególnych. M.in. wysokie podwozie umożliwiające lądowanie np. na bagnach oraz krótką drogę startu. Bez trudu był on w stanie wzbić się w powietrze korzystając np. z terenu późniejszego Placu Wolności i to mimo, że plac ten był wtedy ograniczony nie tylko gmachem opery, ale też nieistniejącego dzisiaj muzeum. Bardzo więc jest możliwe, że z tragicznego lotniska na Osi Grunwaldzkiej skorzystał co najwyżej jeden samolot…

 

Ilość ofiar straszliwej budowy nigdy nie została ustalona, lecz zabitych bez wątpienia trzeba liczyć w tysiącach. Ich los przypomina jedynie mały pomniczek, ustawiony w pobliżu Mostu Szczytnickiego.

 

Artur Adamski