MAREK HŁASKO I WROCŁAW

Napisane przez Artur Adamski
43 lata temu umarł Marek Hłasko – jeden z najbardziej niezwykłych i nadal poczytnych polskich pisarzy. Dla takich jak on krytyk i historyk Jan Marx ukuł określenie: „kaskaderzy literatury”. Hłasko bez wątpienia był właśnie kimś takim – człowiekiem utalentowanym, niepogodzonym z rzeczywistością, żyjącym bardzo intensywnie, ryzykownie i być może w wyniku tego – krótko.

 

Marek Hłasko urodził się w roku 1934 w Warszawie, w rodzinie adwokata, co w owym czasie oznaczało niemal gwarancję bardzo szerokich perspektyw. Wszystko potoczyło się jednak inaczej – małżeństwo rodziców się rozpadło, ojciec umarł w drugim tygodniu wojny z Niemcami, lata okupacji oznaczały nędzę i wszechobecność śmierci.

Do legendy przeszło podobno autentyczne wydarzenie, mające miejsce w czasie chrztu. Przyjmował ten sakrament mając już prawie dwa lata i w czasie, gdy kapłan zadawał pytanie „czy wyrzekacie się złego ducha” chłopiec miał głośno wykrzyknąć: „nie!!” Hłasko na pewno nie okazał się być potem ani satanistą, ani złoczyńcą. Jego życie potoczyło się jednak torem bardzo skomplikowanym…

 

W czasie okupacji uczęszczał do czteroklasowej szkoły o bardzo okrojonym programie i niskim poziomie nauczania. Były to jedyne szkoły, na funkcjonowanie których Niemcy wyrażali zgodę. Jak wspominał – większość tych szkolnych lat spędził siedząc w ławce dla najgorszych uczniów, z założonymi na głowę oślimi uszami. Tak ówczesna pedagogika motywowała dzieci do starań o lepsze wyniki. Wielokrotnie był świadkiem ulicznych egzekucji. W czasie Powstania Warszawskiego miał 10 lat. Wraz z matką przeżył piekło zagłady miasta. Kilka miesięcy później znalazł się u krewnych w Częstochowie, w okolicach której był świadkiem zbrodni dokonywanych tym razem przez Armię Czerwoną. W jej rękach znalazły się bowiem grupy żołnierzy armii generała Własowa, którzy za przejście na stronę Niemców, często wraz z rodzinami byli przez rodaków rozstrzeliwani najczęściej bez sądu a niejednokrotnie też w wyjątkowo okrutny sposób.

 

Od 1946 roku Hłasko mieszkał we Wrocławiu. Miasto w większości składało się z gruzów. Obok odbudowujących swoje życie wręcz roiło się w nim od przeróżnej maści przestępców. Takie zresztą były powojenne lata. Po koszmarze codziennego obcowania ze zbrodnią, po nie kończących się krzywdach, rabunkach, wypędzeniach, po obróceniu w perzynę rodzinnych domów bardzo wielu nie potrafiło już powrócić do społecznej i psychicznej równowagi. Najmocniej zjawiska te widoczne były właśnie na Ziemiach Odzyskanych, do których ciągnęli nie tylko wyrzuceni ze swojej ojczyzny mieszkańcy Lwowa, pogorzelcy z Warszawy, ścigani przez UB i NKWD żołnierze podziemia, ale także całe mnóstwo osobników zdemoralizowanych, nauczonych przez okupantów, że ludzki życie nie stanowi godnej szacunku wartości. Nastoletni Marek Hłasko znalazł się w samym środku sprzecznych światów. Z jednej strony –pochłaniał gigantyczne ilości książek. Pośród zgliszcz Wrocławia działały już polskie biblioteki i okazywało się, że w niektórych zdołał przeczytać cały ich księgozbiór. Zarazem jednak sporą część czasu spędzał na wagarach wraz grupą łobuzów trudniących się złodziejstwem. Należał do drużyny harcerskiej, z której został jednak wyrzucony. Ukończył szkołę podstawową, ale dalsza edukacja oznaczała już wędrówkę po różnych liceach. Jak twierdził – prędzej czy później z każdego był wyrzucany „z powodu idiotyzmu”.

 

W wieku szesnastu lat został kierowcą ciężarówki i fakt ten oznaczał początek kolejnego etapu w jego życiu. Kolegami z pracy często byli przeróżni życiowi rozbitkowie. Zatrudnienie polegało na przemierzaniu Polski pojazdami zdezelowanymi, często prawie bez hamulców. Wypadki i katastrofy drogowe były niemal codziennością.

Którymś razem dodatkiem do wynagrodzenia okazała się być książka – typowy socrealistyczny produkcyjniak, czyli bardzo prymitywna, sowiecka opowieść o przodownikach pracy. Nosiła tytuł „Kierowcy” a autorem był Anatolij Rybakow. Po jej przeczytaniu Hłaskę olśniło. „Pisać tak głupio – to i ja potrafię!” – ten wniosek zaważył na jego dalszym życiu. Niemal z dnia na dzień powstały pierwsze opowiadania młodego pisarza. „Baza sokołowska”, zaraz po trafieniu do redakcji wydawnictwa „Iskry”, została okrzyknięta niemal prozatorskim arcydziełem. Posypały się nagrody, Hłaskę drukowała „Trybuna Ludu” – organ rządzącej Polską partii komunistycznej. Gazeta ta miała wtedy ponad dwumilionowy nakład, do jej kupowania zobowiązane były wszystkie instytucje i zakłady pracy całego kraju. W efekcie młody człowiek stał się powszechnie znany, bramy wielkiej kariery były dla niego szeroko otwarte.

 

Pamiętać trzeba, że w pierwszych dziesięcioleciach PRL-u literaci byli niesłychanie wręcz uprzywilejowani. W czasie, gdy miliony Polaków harowały dalece powyżej zakresu swych sił i zdrowotnych możliwości, równocześnie wegetując w niedostatku, gnieżdżąc się po kilka rodzin w ułomku jednego mieszkania – oddani władzy pisarze żyli w warunkach luksusowych. Za sam fakt przynależności do komunistycznego Związku Literatów Polskich otrzymywało się mieszkanie, dobrą pensję, prawo bezpłatnego i bezterminowego wypoczynku w wyposażonych w wygody i dobrą kuchnię Domach Pracy Twórczej, zlokalizowanych w Zakopanem, Rabce, Sopocie, Ustce, Krynicy…Warunkiem było napisanie w ciągu roku jednej książki lub kilku wierszy wychwalających panujący ustrój. Bardziej wydajni dostawali nawet to, co było niemal poza zasięgiem wyobrażenia przeciętnego obywatela PRL-u: samochody, wycieczki zagraniczne, pieniądze umożliwiające kupienie okazałych domów. Setki literatów pławiły się w przepychu i otoczone były powszechną sławą. Ich książki władze drukowały w nakładach, o jakich tylko pomarzyć mogli zachodnioeuropejscy laureaci Nagród Nobla. Wszystko to za jedną tylko rzecz – za produkowanie dział literackich robiących rodakom wodę z mózgu. Za pisanie utworów wysławiających Bieruta i Stalina, wdeptujących w błoto skazywanych na śmierć bohaterów Polskiego Państwa Podziemnego, przedstawiających walczących o niepodległość jako współpracowników Hitlera. Po latach – zrobiono w Polsce wszystko, co możliwe, by świadectwa tej wielkiej hańby jak najdokładniej pozacierać. A jednoznaczna prawda jest taka, że aparat stalinowskiej propagandy zdołał wówczas kupić przytłaczającą większość ludzi pióra. Takich jak Zbigniew Herbert, którzy woleli głodować, niż za luksusy wspierać totalitaryzm, było bardzo niewielu. Niewspółmiernie częściej pisarze, nawet ci nazywani dziś „moralnymi autorytetami”, ochoczo przyjmowali zlecenia od narzuconych Polsce władz. W ten sposób powstawały np. liczne utwory w najpodlejszy sposób oczerniające polskich bohaterów, przeciw którym komunistyczne sądy szykowały wyroki śmierci.

 

Literacki debiut Marka Hłaski ogromnie zainteresował sterników propagandy. Doszli oni do wniosku, że objawił się pisarski talent, który będzie mógł zostać wykorzystany do pisania dużych ilości potrzebnych reżimowi utworów. Młody pisarz natychmiast dostał od władz własne mieszkanie, posypał się w jego kierunku strumień oszałamiających ofert, do których należały duże pieniądze i zagraniczne podróże. Problem jednak polegał na tym, że Marek Hłasko w najmniejszym stopniu nie zamierzał wspierać komunistycznego reżimu. Władze pomyliły się w ocenie jego pierwszych utworów. Opisał w nich po prostu swoją ciężką pracę a komunistyczni recenzenci wzięli to za wychwalanie trudu robotnika budującego socjalizm. Przypuszczali, że młody człowiek jest zafascynowany porządkiem zaprowadzonym w Polsce przez Stalina a Hłasko jednoznacznie uważał PRL za wielkie nieszczęście. Z kolejnych opowiadań, które pisał jednak przede wszystkim „do szuflady”, wyłaniał się ten obraz, który w Polsce pod rządami PZPR-u na co dzień dostrzegał. Dziesiątki utworów opowiadały o beznadziei, nędzy, o udręczonych ciężkimi warunkami życia i błyskawicznie się starzejących  kobietach, o ich zapijaczonych mężach, zdesperowanych synach i oddających się komu popadnie córkach. Spod pióra Hłaski wychodziły opisy powszechnej demoralizacji, szarzyzny, niesprawiedliwości. W opisywanej przez młodego pisarza komunistycznej Polsce każda przedstawiona postać była smutna, nawet powietrze musiało cuchnąć a pogoda mogła być wyłącznie ohydnie ponura. Jeśli nawet w którymś opowiadaniu pojawiało się na niebie słońce to wyłącznie dręczące upałem i nie dającą się znieść duchotą.

 

Za uprawianie literatury takiej, jaką spontanicznie tworzył Marek Hłasko, w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych władze oferowały nie gratyfikacje, lecz co najmniej więzienie. Szczęśliwie jednak nadszedł rok 1956, w którym system komunistyczny zachwiał się, w wyniku czego nastąpił trwający kilkanaście miesięcy powiew wolności. W wyniku tego ukazać się mogły te utwory, których napisanie parę lat wcześniej można było przypłacić życiem. Teraz wzbudziły zainteresowanie tak ogromne, że kilka z nich postanowiono przenieść na ekran. Na podstawie opowiadań Marka Hłaski powstało kilka znakomitych filmów. Bez wątpienia – jednych z najlepszych, jakie kiedykolwiek w naszym kraju nakręcono. Wojciech Jerzy Has stworzył „Pętlę”, w której rolę swego życia zagrał Gustaw Holoubek. Aleksander Ford sfilmował „Ósmy dzień tygodnia”. Główną rolę kobiecą zagrała w nim prześliczna Sonia Zimann – niemiecka aktorka, która później została żoną właśnie Marka Hłaski. Czesław Petelski błysnął filmem „Baza ludzi umarłych” – utworem, przy którym cała reszta twórczości tego reżysera była po prostu niczym. Ta erupcja kinowych adaptacji wkrótce została jednak wyhamowana. Niektóre filmy zostały zakazane przez cenzurę i doczekały się premiery dopiero w latach dziewięćdziesiątych, kręcenie innych zostało przerwane.

 

W 1958 roku ostatecznie skończyła się tzw. „odwilż”. Reżim komunistyczny nie powrócił już do formy tak represyjnej, jak znana z lat stalinowskich, ale władze też nie pozostawiały wątpliwości, że z marzeniami o szerszym zakresie swobód w obszarze kultury czy gospodarki – należy się pożegnać. Po tym, jak Hłasko wydał tom opowiadań pt. „Cmentarze” w paryskim Instytucie Literackim –rozpętało się piekło. Ci sami redaktorzy, którzy parę lat wcześniej widzieli w młodym pisarzu nowego geniusza literatury teraz seriami artykułów wdeptywali go w ziemię jako grafomana, niewdzięcznika, agenta imperializmu, zdrajcę. Wzbierająca fala ataków zastała Hłaskę za granicą. Zdecydował się do kraju nie wracać, co jedynie spotęgowało wymierzoną w niego propagandową furię.

 

Bez wątpienia autor „Sonaty marymonckiej” był oszołomiony rzeczywistością wolnego świata. Z wielu jego wypowiedzi wynika, że za „żelazną kurtyną” wszystko wydawało mu się przeciwnością realiów komunistycznych. Inne były nie tylko ulice, sklepy i mieszkania, ale także międzyludzkie stosunki oraz codzienne ludzkie zachowania. W przeciwieństwie do mieszkańców „bloku wschodniego” wiedzieli oni, że pracą, inwencją, oszczędnością – mogą dochodzić do zamożności. Nie towarzyszyła im też powszechna w ówczesnej Warszawie czy Moskwie obawa, że na przyszłości mogą zaważyć np. zbyt swobodnie wyartykułowane poglądy. Hłasko podróżował po kolejnych krajach Zachodu i każdy z nich wydawał mu się niemal rajem. Nigdy jednak nie wyzbył się  przejmującego poczucia obcości. Pracował w przeróżnych zawodach, uzyskał licencję pilota samolotowego, wiedział że nigdy nie wróci do Polaki, ale nigdy nie zdołał się zmobilizować do solidnego nauczenia się jakiegokolwiek obcego języka. Miał mnóstwo znajomych Amerykanów, lecz słabo mówił po angielsku. Przez kilka lat jego żoną była Niemka, ale jej języka też nigdy w dobrym stopniu nie opanował. Jego ojczyzną była Polska i choć była krajem wyniszczonym wojną, rządzoną przez marionetki na usługach obcego imperium – zawsze była jego krajem jedynym, ukochanym i utęsknionym. Zapewne dlatego najchętniej kontaktował się z mieszkającymi za granicą Polakami. Miewał okresy, w których intensywnie tworzył, ale nie brakowało i takich, w czasie których przede wszystkim konsumował alkohol. Gościnę zaoferował mu m.in. Jerzy Giedroyć. Szef paryskiej „Kultury” liczył na to, że spokój willi w Maison Lafitte umożliwi Hłasce skupienie się na literaturze. Ten jednak również w tym miejscu pogrążał się w depresji. Któregoś dnia Giedroyć wręcz zażądał, by młody pisarz przedstawił mu kolejne swoje opowiadanie. Hłasko wziął wtedy do ręki jakąś kartkę papieru i odczytał z niej długi utwór, który redaktor „Kultury” uznał za niemal genialny. Chwilę potem okazało się, że na kartce tej nie było nawet jednej litery. Pisarz „czytał” z głowy, ale do przelewania swych myśli na papier zabierał się coraz rzadziej. Wolał wyruszyć w kolejne podróże, na które zarabiał czasem w bardzo dziwny sposób. W Izraelu pracował np. w fabryce fałszywych, niby - zabytkowych dywanów. Praca polegała na chodzeniu po każdym z nich przez kilkanaście godzin na dobę.

 

Być może próbą dokonania przełomu w swoim życiu było zgłoszenie się do amerykańskiego punktu poborowego, by zaciągnąć się do armii walczącej w Wietnamie. Chciał walczyć z komunizmem – nowotworem wyniszczającym jego kraj. Skoro nie był w stanie przeciwstawić mu się w Polsce, chciał przed nim uchronić chociaż Wietnamczyków. Do wojska jednak nie został przyjęty. Przez dłuższy czas mieszkał w Kalifornii, w domu Romana Polańskiego. Razem planowali nakręcenie filmu wg scenariusza Hłaski. Literackimi pomysłami polskiego pisarza ogromnie się wtedy zainteresował także jeden z najgłośniejszych reżyserów tamtych lat – Nicholas Ray, autor kultowego „Buntownika bez powodu”. Wg wielu źródeł  - przygotowania do realizacji filmu wg scenariusza Hłaski były bardzo zaawansowane. Pomysł rozsypał się jednak jak domek z kart po tym, kiedy nasz pisarz nie tylko wdał się w romans z żoną Raya, ale nawet został wraz z nią „przyłapany” w raczej niedwuznacznej sytuacji.

 

Jednym z przyjaciół Marka Hłaski był największy z polskich jazzmanów a być może i jeden z największych kompozytorów, nie tylko jazzowych i nie tylko polskich. Chodzi oczywiście o Krzysztofa Komedę – Trzcińskiego, który po skomponowaniu muzyki do filmu „Dziecko Rosemary” został zasypany propozycjami od największych potentatów Hollywoodu. Właśnie z Komedą wiąże się zdarzenie, którego Hłasko nie mógł sobie darować do końca życia. Któregoś razu wybrał się wraz z kompozytorem na spacer po górskich ścieżkach w pobliżu Los Angeles. Być może w wyniku żartu, lub małej sprzeczki, Krzysztof Komeda przewrócił się uderzając głową o skałę. Przerażony Hłasko natychmiast wziął rannego na ręce i liczący parę kilometrów odcinek drogi do szpitala pokonał niemal biegiem. Wydawało się, że wszystko kończy się dobrze. Uraz głowy został zoperowany, Komeda wracał do zdrowia. Jednak krótko potem, już w Polsce, kompozytor zaczął się uskarżać na bóle w okolicy odniesionej rany, po czym umarł. Być może przyczyną śmierci były błędy popełnione przez amerykańskich chirurgów. Poczucie winy za to tragiczne zdarzenie i śmierć przyjaciela towarzyszyła Markowi Hłasce do ostatnich jego dni.

 

Książką – legendą Marka Hłaski są „Piękni dwudziestoletni”. Mają formę zbliżoną do autobiografii, co niektórzy interpretują jako dowód na to, że pisząc ją spodziewał się śmierci. Nie była jego ostatnią pracą, ale rzeczywiście odejście pisarza było już bliskie. Zmarł w Wiesbaden w roku 1969, w okolicznościach przypominających samobójstwo, które jednak większość mu bliskich – stanowczo wyklucza.

 

Większa część twórczości pisarza przez długie dziesięciolecia była w Polsce zakazana. W latach osiemdziesiątych jedno z wydawnictw złożyło wniosek o wydanie „Pięknych dwudziestoletnich”. Cenzura wyraziła zgodę, ale po wycięciu większości składającego się na książkę tekstu. Wydane też zostały wtedy „Utwory Wybrane” Marka Hłaski. Szczęśliwie był to już czas, w którym wydawnictwa podziemne skutecznie łamały komunistyczny monopol na wydawanie książek. Jedno z działających nielegalnie wydawnictw „przedłużyło” więc serię „Utworów Wybranych” o „Utwory Niewybrane”. Obydwa zestawy stanowiły niemal kompletny zbiór dzieł pisarza,  zawierający się w książkach (legalnych i nielegalnych) o podobnej szacie graficznej.

 

Znawcy realiów lat czterdziestych i pięćdziesiątych zgodni są co do tego, że literackie świadectwa Marka Hłaski obraz tamtych czasów oddają wyjątkowo wiernie. Zarazem motyw człowieka z różnym skutkiem zmagającego się z przerastającymi go przeciwnościami stanowi o tym, że są to dzieła o charakterze w dużym stopniu uniwersalnym. Stąd wynika zapewne ciągłe zainteresowanie tą twórczością oraz liczne jej przekłady na wiele języków świata.

 

Artur Adamski