Przedłużone zesłanie

Napisane przez Maciej Ruszczyński
Politykę przesiedleńczą stosował już Iwan Groźny, który z zagarniętych przez Ruś terenów przesiedlił polską szlachtę do Tatarstanu.  

 

Potomkowie przesiedleńców żyją tam do dzisiaj. Są niemalże traktowani jako ciekawostka etnograficzna.

 

Na tę informację o dawniejszych polskich zesłańcach natrafili w trakcie podróży po dawnym sowieckim imperium Maciej Ruszczyński ze Społecznego Komitetu Pomocy Polakom w Azji Środkowej.

Najnowsza generacja polskich przesiedleńców wywodzi się z elit polskiego społeczeństwa, które w latach II wojny światowej i pierwszych po wojnie trafiły na Wschód za pochodzenie i opór przeciwko nowej władzy. Na miejsce zsyłki sowieckie władze wybrały Kazachstan. Przekazy o Polakach tam żyjących docierały do Polski skąpym strumieniem przez blisko pięćdziesiąt lat.


Na początku lat dziewięćdziesiątych, uważanych za powrót do demokracji oraz w dobie upadku imperium sowieckiego, o Kazachstanie zrobiło się głośno. Pojechałem tam w tym czasie, żeby poznać skalę problemu, spotkać się z ludźmi i dowiedzieć się, czego oni oczekują od nas, Polaków z Polski.

 


Maciej Ruszczyński ze Społecznego Komitetu
Pomocy Polakom w Azji Środkowej

Dodatkowej motywacji dostarczył mi ówczesny Marszałek Senatu, Andrzej Stelmachowski. Wystosował on, bowiem do naszych władz pismo, w którym informował, że władze konsularne w Moskwie nie mają rozeznania, czy Polacy w Kazachstanie w ogóle są, jaka jest ich liczba i kto z nich chce wrócić do Polski?
Aż się prosiło o rozesłanie ankiety na ten temat. Dlaczego tego nie zrobili polscy dyplomaci z placówek w Moskwie, dowiedziałem się dopiero w Kazachstanie. Przed wyjazdem przygotowaliśmy w Komitecie ankietę informacyjną. Na miejscu, w Kazachstanie okazało się, że jesteśmy niejako pionierami w odnajdywaniu Polaków. Po pierwszych trudnych spotkaniach posypały się lawinowo następne. Byliśmy przekazywani z rodziny do rodziny, wszędzie pozostawialiśmy ankiety, które były przyjmowane chętnie jako zwiastun bliższych kontaktów z ojczyzną, a być może nawet powrotu do kraju.
Wyniki ankiety przerosły nasze oczekiwania. W pierwszym miesiącu od jej rozesłania do Ambasady Polskiej w Moskwie nadeszło 68 tys. Odpowiedzi. Tyle samo prawdopodobnie otrzymało Biuro Senatu.
Akcja więc udała się. Potrzebne wiadomości, których brak sygnalizował Marszałek Stelmachowski nadeszły. Sądziliśmy, że wyświadczyliśmy przysługę władzom polskim. Tymczasem zostaliśmy zgromieni za nadużycie, za danie nadziei bez pokrycia. Jak się okazało sprowokowaliśmy jednego z konsulów w Moskwie do wybrania się w podróż po Kazachstanie. Odwiedził on wszystkie miejscowości, z których nadeszły odpowiedzi na naszą ankietę. Wszędzie organizował zebrania Polaków, na których informował, że nie należy przejmować się ankietą i uważać jej za zapowiedzi większej akcji, gdyż jest to mistyfikacja. Następnym owocem naszego nadużycia był przyjazd na Kongres Polonii, który odbył się w Krakowie w roku 1991, licznej reprezentacji polonii z Kazachstanu, gdzie zesłańcy wykrzyczeli swój problem.
Aby w pełni zrozumieć ich poczucie, mimo upływu lat i pokoleń, przynależności do narodu polskiego, trzeba spotkać się z nimi osobiście i poznać warunki, w jakich żyją.

 


Wydział Wschodni Solidarności Walczącej
podejmował częste wyprawy do Kazachstanu

 

 To, co przede wszystkim zwróciło moją uwagę, to fakt, że mimo upływu lat nigdy nie akceptowali oni tego, co spotkało ich ojców czy dziadków. Świadomość, że są zesłańcami przenoszona była jak dotąd z pokolenia na pokolenie. Jednocześnie pielęgnowali oni pragnienie powrotu do kraju. Świadczą o tym opasłe tomy z adresami, które zgromadziłem w trakcie moich podróży, powierzone mi w nadziei, że uda się odnaleźć rodzinę w Polsce, bądź zorganizować przyjazd do Polski. Transport książek czy inną pomoc wysłaną z Polski wygnańcy przyjmują z wdzięcznością, ale jest to wciąż namiastka Ojczyzny.
Jakby wbrew wszystkiemu są przekonani, że mogą wrócić z wygnania. O tym, że w Polsce nie czeka na nich nikt z otwartymi ramionami dobrze wiedzą. Mimo to perspektywa przyjazdu do Polski napawa ich optymizmem. Są przekonani, że poradzą sobie z trudnościami w adoptowaniu się do polskich warunków, gdyż na ziemi kazachskiej doświadczyli niejednego.
Jeszcze 10 lat temu za przyznanie się do polskiego pochodzenia groziły łagry (dla kobiet do 5 lat, dla mężczyzn od pięciu lat wzwyż).
Jeszcze trzy lata temu w Kazachstanie obowiązywała rygorystyczna reglamentacja artykułów żywnościowych. Skąpe miesięcznie przydziały 2 kg mięsa i tłuszczu, 1 kg mąki, 0,5 kg makaronu i raz na trzy miesiące 0,5 litra oliwy można było kupić w czasie dwóch, urzędowo wyznaczonych dni w miesiącu w wyznaczonym sklepie. Jeżeli w tych dniach nie było któregoś produktu, to przepadała bezpowrotnie możliwość ich zakupu w danym miesiącu.
Większość naszych rodaków w Kazachstanie to ludzie ciężkiej fizycznej pracy. Dlatego nie odstraszają ich zapewnienia polskich oficjeli, że Polska nie może ich przyjąć ze względu na własną trudną sytuację.
Myślę jednak, że prawdziwym hamulcem ze strony naszych władz są względy polityczne i niechęć do rozwiązania jakichkolwiek problemów związanych z byłym imperium sowieckim.
Obawiam się, że modna dzisiaj akcja pomocy Polakom w Kazachstanie, skądinąd ważna, ma za zadanie jedynie uciszyć sumienie, które nakazuje wygnanych przyjąć z powrotem do ojczyzny.

 

Maciej Ruszczyński

Więcej w tej kategorii: Najsmutniejsza Wigilia »